wszystkiego mi sie nagle odechcialo. a zaczelo sie tak: "pani sylwio, cierpliwosci, stypendium wplynie za dwa tygodnie". a u sylwii w garnku pusto, a do tego wloski kucharz chwilowo przebywal we wloszech. wiec jedzenia brakowalo, na szczescie western union skuteczne jest i nawet ocean nie jest granica.
Potem zachorowal mi komputer i potrzebowal rekonwalescencji. dosc dlugo. i ja tesknilam i nie tylko za komputerem, ale tez za dobrym jedzeniem rodem z pescary.
Wiec przyszla joyce i wypilysmy prawie cala wodke z sokiem. i bylo milo. ale nastepnego dnia bylo zle. bardzo zle. marazm jakis, slaba jakas taka. nie podoba mi sie nic. i nikt. nawet ten kucharz, mimo ze wrocil. dopiero jak bedzie dobra pasta, to bedzie ti voglio bene.
tylko ela mi sie podoba.
all in all - jesienna deprecha.
P.S. Pamietam, jak taki jeden, mial w liceum na plecaku napisane "thanks God for prosac". Gdybym miala prosac...
sobota, 31 października 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz