Ogarnianie, to coś takiego, co przychodzi stopniowo. Zaczyna się małymi kroczkami; najpierw obejmuje te mniej ważne aspekty Twojego życia, aby w końcu zaistnieć w postaci ogarnięcia ostatecznego. Mówiąc ogarnięcie ostateczne, mam oczywiście na myśli napisanie magisterki.
I tak, po powrocie z Brna, zaczęłam regularnie uczęszczać na zajęcia i do tej pory (odpukać) udaje mi się. Dodam, że zajęcia w tym semestrze są bardzo wymagające. Zapisałam się na kurs "New Media & Society" w postaci video-konferencji, podczas której towarzyszą mi w dużej mierze doktoranci.W ciągu tygodnia wymaga to ode mnie przetestowania kilku nowych narzędzi dostępnych w sieci, czytania artykułów i pisania reflective diary w postaci bloga oraz czytania 30 str maszynopisu, na temat którego również mam się zreflektować. A poza tym, mam jeszcze 5 innych kursów:/ I weź pisz mgr, człowieku. To było ogarnięcie nr 1.
Ogarnięcie nr2 to ogarnięcie mojego ciała, jakże ostatnio wybujałego;) Zatem od 3 tygodni podróże na moim zielonym rumaku, 3X aerobik, a dziś to nawet bieganie w Tivoli było (bo tu tak słonecznie i zielono i tak blisko do parku). Doszłam do wniosku, że po tej miesięcznej anginie muszę się ogarnąć, więc zaczęłam jeść jakoś lepiej, brać witaminy i trochę się ruszać.
Ogarnięcie nr 3. Od kilku dni znów zaczęłam czytać do mgr. Kurna już kwiecień, a tu puste kartki praktycznie:( Zaczynam się bać powoli...
Ogarnięcie nr 4- właśnie jestem w trakcie-jak wysprzątasz pokój, wywalisz co niepotrzebne, umyjesz okna i wpuścisz trochę słońca do pokoju, to od razu w głowie się rozjaśnia.
Wydaje mi się, że zmierzam w dobrym kierunku. Grunt to systematyczność. Trzymajcie kciuki
Wasza zorganizowana Sylwia:)